Podówczas San Giovanni Rotondo
było mało komu znaną mieściną. Francesco Morcaldi, zaprzyjaźniony z O.Pio
od 1918 roku, przez wiele lat był tu burmistrzem. Oddajmy mu głos: "W owych
czasach San Giovanni Rotondo było maleńkim miasteczkiem, niemalże odciętym
od świata z powodu braku dróg i szybkich środków komunikacji. Warunki życia
jego mieszkańców bardziej niż prymitywne - brak światła, wody pitnej i
najprostszych chociażby sanitariatów.
Wielodzietne rodziny gnieździły
się pod tym samym dachem ze zwierzętami, w mrocznych i dusznych ruderach,
niżej poziomu ulicy. Choroby zakaźne zbierały smutne żniwa. Częste były
napady rabunkowe i zbrodnie, siejące postrach wśród ludności".
W klasztorze
Ojciec Pio pełnił funkcję spowiednika parafian oraz kierownika
duchowego młodych chłopców pragnących poświęcić się życiu zakonnemu. Alumnów
było niewielu, toteż Pio miał sporo wolnego czasu, który spędzał na modlitwie.
5 sierpnia
l918 roku, kiedy spowiadał swych chłopców, spotkało go nadzwyczajne
doznanie mistyczne, które tak opisał w liście do swego kierownika duchowego:
"Słuchałem
spowiedzi, kiedy nagle zdrętwiałem z przerażenia: przed oczami mego umysłu
stanął Niebiański Gość. Trzymał w ręku coś na kształt narzędzia podobnego
do długiej, żelaznej klingi, zakończonej dobrze wyostrzonym szpicem, który
zdawał się ziać ogniem. I tym rozpalonym narzędziem rzucił z całych sił
w mą duszę. Z wielkim trudem wydobyłem z siebie jęk. Zdawało mi się, że
umrę. Chłopca, którego spowiadałem, poprosiłem, żeby odszedł, gdyż czułem
się bardzo źle i nie miałem siły dalej spowiadać. Ta męka trwała nieprzerwanie
aż do 7 sierpnia rano. Nie potrafię opisać moich cierpień. Miałem uczucie,
jakby mi rozdzierano wnętrzności. Od owego dnia zacząłem nosić w sobie
śmiertelną ranę. W samej głębi duszy czuję stale otwartą ranę, źródło mych
ustawicznych katuszy".
Ból spowodowany tym mistycznym przeżyciem
trwał aż do 20 września. Chwilami cierpienie tak się wzmagało, że młody
zakonnik błagał o śmierć. Oto, co napisał w owych dniach do swego kierownika
duchowego: "Rana jest tak bolesna, że wystarczyłaby
tysiąckroć na zadanie mi śmierci. Boże, dlaczego nie umieram? A jednak
jesteś okrutny - głuchy na krzyk cierpiącego, nie dajesz mu ukojenia. Wybacz
mi, Ojcze, chyba tracę zmysły. Nie wiem, co mówię. Nadmiar cierpień doprowadza
mnie, wbrew mej woli, do złości".
***
"Czułem, że umieram"
Rany, jakie objawiły mu się
w czasie mistycznej wizji w dniu 5 sierpnia, stały się widzialne 20
września. Ojciec Pio opisał to niezwykłe wydarzenie w następujący sposób:
"Siedziałem
na chórze po odprawieniu Mszy św., kiedy owładnęła mną jakaś dziwna ociężałość,
podobna do słodkiego snu. Wszystkie moje wewnętrzne i zewnętrzne zmysły,
a także cała dusza pogrążyły się w nieopisanym ukojeniu. Trwałem w tym
stanie, gdy zobaczyłem nagle obok siebie tajemniczą postać, podobną do
tej, którą widziałem już 5 sierpnia, z tą tylko różnicą, że ta miała ręce,
stopy i bok broczące krwią. Jej widok przeraził mnie. Doznałem uczuć, których
nigdy nie zdołam opisać. Czułem, że umieram, i umarłbym, gdyby Pan nie
podtrzymał kołaczącego się w piersiach serca.
Kiedy
tajemnicza postać zniknęła, spostrzegłem, że moje dłonie, stopy i bok są
przebite i ociekają krwią. Proszę sobie wyobrazić mękę, jakiej wówczas
doznałem i doznaję nieustannie każdego dnia. Rana serca krwawi obficie,
zwłaszcza od piątkowego wieczora do soboty. Obawiam się, że umrę z upływu
krwi, jeśli Pan nie wysłucha mych jęków i nie odejmie mi tych ran. Niech
zostawi mi ból i mękę, lecz niechaj odejmie mi te znaki zewnętrzne, które
sprawiają mi nieopisane zawstydzenie i upokorzenie".
Z zeznań współbraci Ojca Pio, którzy
mieszkali wówczas w San Giovanni Rotondo, wynika, iż po otrzymaniu stygmatów
z trudem dowlókł się on z chóru do swej celi (oznaczonej wówczas numerem
5) zostawiając po sobie na posadzce korytarza krwawe ślady. Jak tylko
wszedł do celi, starał się zahamować krwotok obwiązując dłonie i stopy
chusteczkami.
Opatrunki nie mogły nie być zauważone,
toteż gwardian klasztoru zażądał wyjaśnień. Ojciec Pio musiał mu pokazać
swe rany.
Ojciec Paolino poinformował o wszystkim
prowincjała, który nakazał zachowanie całego wydarzenia w tajemnicy, po
czym bezzwłocznie udał się do San Giovanni Rotondo. Obejrzał rany i nie
wiedząc, co czynić, wysłał list do generała zakonu, stwierdzając między
innymi:
"Nie są to plamy ani też odciśnięte
ślady, lecz autentyczne rany na wylot. Z boku zaś widnieje istne rozdarcie,
z którego nieustannie wypływa krew bądź krwawa ciecz".
Na nic zdało się bezwzględne milczenie
Ojca Pio, jak i ostrożność jego przełożonych. Wiadomość o "bracie ze stygmatami"
lotem błyskawicy obiegła Apulię, a wkrótce potem całe Włochy i inne kraje,
dając początek pielgrzymowaniu do San Giovanni Rotondo tłumów ludzi, żądnych
zobaczyć to dziwne zjawisko na własne oczy. Dała również początek sporom
pomiędzy tymi, którzy pośpiesznie rozgłaszali światu o cudzie, a tymi,
którzy z góry negowali wszystko. Do spokojnego klasztoru kapucynów zaczęli
zjeżdżać się dziennikarze. Doszło do pierwszych głośnych nawróceń i pierwszych
"cudów", przypisywanych "świętemu ze stygmatami".
Przełożeni zakonni czuli się w
obowiązku poddania tych dziwnych ran badaniu lekarskiemu. Trzeba było odpowiedzieć
na ataki kierowane pod adresem Ojca Pio i całej wspólnoty zakonnej w San
Giovanni Rotondo, oskarżanym o szalbierstwo.
***
Badania lekarskie
Pierwszym lekarzem, który badał stygmaty
Ojca Pio, był profesor Luigi Romanelli, ordynariusz szpitala w Barletcie.
Zbadał zakonnika, z polecenia prowincjała, w dniach 15 i 16 maja 1919 roku.
W swoim sprawozdaniu napisał między innymi:
,,0brażenia widoczne na dłoniachpokryte są błoną czerwono-brązowej barwy, bez punktu krwawiącego i opuchlizny.
Brak również śladów zapalenia sąsiednich tkanek. Przekonany jestem, a wręcz
pewny, iż nie są to rany powierzchowne, gdyż przyciskając równocześnie
dłoń kciukiem, zaś palcem wskazującym wierzch ręki czuje się wyraźnie,
iż w środku jest puste miejsce.
Obrażenia stóp mają identyczny
charakter. W boku widnieje wyraźne nacięcie, równoległe do żeber, długie
na siedem do ośmiu centymetrów. Odnotowałem uszkodzenia tkanek miękkich.
Jak w każdym przypadku obrażeń klatki piersiowej, nie można przeprowadzić
sondowania rany , stąd trudno jest ocenić jej głębokość i kształt. Rana
mocno krwawi, a krew ma charakter tętniczy".
W dwa miesiące później, 26 lipca,
na prośbę władz kościelnych, do San Giovanni Rotondo przybył profesor Amico
Bignami, kierownik katedry Patologii w Uniwersytecie Rzymskim.
Badaniu ran Ojca Pio profesor poświęcił
cały tydzień. Jego wnioski w zasadzie nie różniły się od wniosków profesora
Romanellego. Również ocena osobowości Stygmatyka pełna była słów uznania.
Będąc jednakże pozytywistą i przekonanym
ateistą, postawił wnioski zgodne z uznawanymi przez siebie teoriami. Stwierdził,
iż jego zdaniem jedynie w początkowej fazie stygmaty były "charakteru patologicznego
(wywołane neurotyczną martwicą skóry), następnie zaś wspomagane były być
może nieświadomie, poprzez autosugestię, jakimś środkiem chemicznym, na
przykład jodyną".
Takim stwierdzeniom ostro sprzeciwił
się profesor Romanelli Ponowił badania ran Ojca Pio i napisał nowe sprawozdanie,
w którym punkt po punkcie zbijał tezy Bignamiego Dokładne badania Stygmatyka
przeprowadził wraz z profesorem Romanellim doktor Giorgio Festa. Opisał
je w pokaźnym tomie opublikowanym pod tytułem "Tajemnice wiedzy i świata
wiary".
Festa podał
w wątpliwość tezy profesora Bignamiego, zauważając:
"Obrażenia powstałe w jakikolwiek
- nieważne, w jaki - sposób powinny były zgodnie z naturą rzeczy bądź z
wolna zabliźniać się, bądź przejść w stadium martwicze spowodowane działaniem
zarazków, czego przecież trudno było uniknąć".
Przeciwko profesorowi Bignamiemu
obrócił się nawet eksperyment, który on sam polecił przeprowadzić.
Wybitny naukowiec zakładał, iż
rany Ojca Pio zagoją się, jeśli zakaże mu się smarowania ich jodyną przez
jeden tydzień.
Zalecony eksperyment przeprowadzono
z jak największą skrupulatnością. Po ośmiu dniach rany nie tylko nie zagoiły
się, lecz krwawiły jeszcze obficiej.
Ojciec Paolino z Casacalendy, jeden
ze świadków eksperymentu, napisał: ,,ósmego dnia, po ściągnięciu opatrunków,
rany Ojca Pio krwawiły tak obficie, że musieliśmy donieść mu w czasie Mszy
św. chusteczki, by mógł zetrzeć całą tę krew ze swych dłoni".
(z książki "Cuda Ojca Pio" str.
24-29)
|